Bursztynowa Cierpliwość
Nota: Zgubiona muszelka, którą fala oddaje. Bajka o czekaniu bez pośpiechu.
Przeczytaj bajkę
Klap. Klap. Klap.
Dźwięk niósł się od brzegu, tam gdzie fala liże piasek i wraca. Hania przystanęła na wydmie, bosa, z muszelką w zaciśniętej piąstce. Trawa morska szeleściła jej przy kolanach.
Zejście po piasku było chłodne, potem cieplejsze, bliżej wody znowu chłodne.
W płytkiej wodzie siedziała syrenka. Ułożyła rządek bursztynowych okruszków, jeden przy drugim, na płaskim kamieniu. Klap — to ogon, którym równała piasek pod mozaiką.
— Cześć — powiedziała Hania.
Syrenka spojrzała. Miała oczy w kolorze wody przy brzegu, tam gdzie jest najgłębiej zielona. Nie odpowiedziała słowem. Zanuciła coś krótkiego, bez melodii, tylko na próbę, jak się nuci, kiedy sprawdza się głos.
Hania rozprostowała piąstkę. Muszelka leżała na dłoni, biała, z różowym brzegiem.
— Mam muszelkę.
— Piękna — powiedziała syrenka śpiewnie i pokazała swój rządek bursztynów. Każdy inny. Jeden przezroczysty jak miód na słońcu, drugi mętny, w środku z uwięzioną igiełką sosny.
Hania uklękła w wodzie. Zimno chwyciło ją za kolana, ale usiedziała.
Chciała dołożyć muszelkę do mozaiki. Sięgnęła — i nic. Muszelki nie było.
Sprawdziła drugą rękę. Też nic.
— Zgubiłam.
Syrenka nie poruszyła się gwałtownie. Przesunęła dłonią po piasku, powoli, jakby głaskała psa. Nic.
— Fala ją wzięła — powiedziała cicho i zanuciła krótkie „mmm”, które brzmiało jak namysł.
Usiadły razem na suchym piasku, tam gdzie woda już nie dochodzi. Syrenka podłożyła ogon pod siebie, wygładziła łuski dłonią — takie ruchy robi się, kiedy się na coś czeka bez pośpiechu.
— Fala czasem oddaje — powiedziała.
Czekały. Piasek pod Hanią był ciepły z jednej strony, tam gdzie leżało słońce, chłodny z drugiej. Wiatr niósł zapach soli i żywicy z lasu za wydmami, tego samego lasu, przez który biegła ścieżka zwana przez rybaków Sosnową Grzędą.
Syrenka wzięła jeden bursztyn z rządka i podała Hani. Był lekki, cieplejszy niż kamień, gładki jak wypolerowany guzik.
— Miodowy — powiedziała.
Hania obracała go w palcach. Ciepło przechodziło z bursztynu na jej skórę, a potem odwrotnie, aż trudno było powiedzieć, co jest cieplejsze.
Fala podeszła, cofnęła się. Podeszła znowu, tym razem dalej.
Klap.
Coś białego zabłysło w piance.
Syrenka sięgnęła pierwsza, ale odsunęła rękę i skinęła głową w stronę Hani. Hania złapała muszelkę, mokrą, z piaskiem w zagłębieniach.
— Jest.
— Wróciła — powiedziała syrenka i zanuciła cicho, z zadowoleniem, bez słów.
Hania otarła muszelkę o brzeg sukienki, potem podała syrence, żeby dołożyła ją do mozaiki. Syrenka ułożyła ją na środku, między dwoma bursztynami, i wygładziła piasek wokół, tak jak się gładzi kołdrę, żeby leżała równo.
Słońce schodziło niżej, światło robiło się bardziej miodowe niż same bursztyny. Wiatr w trawie ucichł do szmeru.
Mozaika leżała na dnie, w wodzie już spokojnej, każdy kamyczek na swoim miejscu, muszelka pośrodku jak mała, biała łódka.
Syrenka przykryła ją dłonią na chwilę, jakby sprawdzała, czy trzyma się dobrze.
Potem zabrała rękę. Mozaika została w wodzie, cała i cicha, gotowa czekać do rana.