Osiem bajek bez redakcji

Czytelnia

Osiem bajek dokładnie takich, jakie utkał Tkacz Snów — bez redakcji, bez wybierania najładniejszych zdań. Wybraliśmy je ręcznie spośród kilkunastu, żeby pokazać różnych bohaterów, różne krainy i trzy grupy wiekowe. Imiona są przykładowe; w aplikacji będzie imię Twojego dziecka, poprawnie odmienione.

Każda bajka powstała według przepisu opisanego na stronie Jak powstaje bajka. Żadna nie była poprawiana ręcznie.

Bursztynowa Cierpliwość

Nota: Zgubiona muszelka, którą fala oddaje. Bajka o czekaniu bez pośpiechu.

Przeczytaj bajkę

Klap. Klap. Klap.

Dźwięk niósł się od brzegu, tam gdzie fala liże piasek i wraca. Hania przystanęła na wydmie, bosa, z muszelką w zaciśniętej piąstce. Trawa morska szeleściła jej przy kolanach.

Zejście po piasku było chłodne, potem cieplejsze, bliżej wody znowu chłodne.

W płytkiej wodzie siedziała syrenka. Ułożyła rządek bursztynowych okruszków, jeden przy drugim, na płaskim kamieniu. Klap — to ogon, którym równała piasek pod mozaiką.

— Cześć — powiedziała Hania.

Syrenka spojrzała. Miała oczy w kolorze wody przy brzegu, tam gdzie jest najgłębiej zielona. Nie odpowiedziała słowem. Zanuciła coś krótkiego, bez melodii, tylko na próbę, jak się nuci, kiedy sprawdza się głos.

Hania rozprostowała piąstkę. Muszelka leżała na dłoni, biała, z różowym brzegiem.

— Mam muszelkę.

— Piękna — powiedziała syrenka śpiewnie i pokazała swój rządek bursztynów. Każdy inny. Jeden przezroczysty jak miód na słońcu, drugi mętny, w środku z uwięzioną igiełką sosny.

Hania uklękła w wodzie. Zimno chwyciło ją za kolana, ale usiedziała.

Chciała dołożyć muszelkę do mozaiki. Sięgnęła — i nic. Muszelki nie było.

Sprawdziła drugą rękę. Też nic.

— Zgubiłam.

Syrenka nie poruszyła się gwałtownie. Przesunęła dłonią po piasku, powoli, jakby głaskała psa. Nic.

— Fala ją wzięła — powiedziała cicho i zanuciła krótkie „mmm”, które brzmiało jak namysł.

Usiadły razem na suchym piasku, tam gdzie woda już nie dochodzi. Syrenka podłożyła ogon pod siebie, wygładziła łuski dłonią — takie ruchy robi się, kiedy się na coś czeka bez pośpiechu.

— Fala czasem oddaje — powiedziała.

Czekały. Piasek pod Hanią był ciepły z jednej strony, tam gdzie leżało słońce, chłodny z drugiej. Wiatr niósł zapach soli i żywicy z lasu za wydmami, tego samego lasu, przez który biegła ścieżka zwana przez rybaków Sosnową Grzędą.

Syrenka wzięła jeden bursztyn z rządka i podała Hani. Był lekki, cieplejszy niż kamień, gładki jak wypolerowany guzik.

— Miodowy — powiedziała.

Hania obracała go w palcach. Ciepło przechodziło z bursztynu na jej skórę, a potem odwrotnie, aż trudno było powiedzieć, co jest cieplejsze.

Fala podeszła, cofnęła się. Podeszła znowu, tym razem dalej.

Klap.

Coś białego zabłysło w piance.

Syrenka sięgnęła pierwsza, ale odsunęła rękę i skinęła głową w stronę Hani. Hania złapała muszelkę, mokrą, z piaskiem w zagłębieniach.

— Jest.

— Wróciła — powiedziała syrenka i zanuciła cicho, z zadowoleniem, bez słów.

Hania otarła muszelkę o brzeg sukienki, potem podała syrence, żeby dołożyła ją do mozaiki. Syrenka ułożyła ją na środku, między dwoma bursztynami, i wygładziła piasek wokół, tak jak się gładzi kołdrę, żeby leżała równo.

Słońce schodziło niżej, światło robiło się bardziej miodowe niż same bursztyny. Wiatr w trawie ucichł do szmeru.

Mozaika leżała na dnie, w wodzie już spokojnej, każdy kamyczek na swoim miejscu, muszelka pośrodku jak mała, biała łódka.

Syrenka przykryła ją dłonią na chwilę, jakby sprawdzała, czy trzyma się dobrze.

Potem zabrała rękę. Mozaika została w wodzie, cała i cicha, gotowa czekać do rana.

Ćwiek, nitka, guzik

Nota: Zupa porzeczkowa, mleko z miodem i hejnał słyszany przez kamień.

Przeczytaj bajkę

— Ciii, jeszcze nie teraz — szepnął ktoś w ciemności, tak cichutko, że nawet kamienne ściany ledwie to usłyszały.

To była łyżka, uderzająca miarowo o brzeg glinianego garnka, w którym coś bulgotało powoli, cierpliwie, jakby samo nie miało ochoty się śpieszyć. Obok, na kocu w czerwoną kratę, leżała naparstek do góry dnem i kłębek sznurka, a przy nich — malutkie okulary, wyszczerbiona filiżanka i kawałek kredy, którym ktoś niedawno rysował na ścianie skaczącego zajączka. Głęboko we wzgórzu wawelskim, tam gdzie kamień trzyma chłód nawet w środku lata, mieszkał krasnoludek, który tej łyżki właśnie używał — i mruczał coś pod nosem, jak zawsze, kiedy się zamyślił.

Wtedy właśnie do jaskini zajrzała Lenka. Miała trzy lata, warkoczyk rozczochrany od zabawy na trawniku i w ręku ściskała pluszowego jeża, jakby to on ją tu przyprowadził, a nie odwrotnie.

— A ty kto? — zapytała, bardzo poważnie, tak jak pytają tylko trzylatki.

— Ćwiek, nitka, guzik — odpowiedział krasnoludek, nie podnosząc głowy znad garnka. — A ja tu gotuję zupę porzeczkową. Tylko brakuje mi śmietanki.

Lenka podeszła bliżej, ostrożnie, jakby kamienna podłoga mogła w każdej chwili skrzypnąć jak stara deska w kuchni babci. Nie skrzypnęła. Za to garnek bulgotał dalej, cicho i uparcie, a gdzieś wysoko, tak wysoko, że trzeba było zadrzeć głowę aż do sklepienia jaskini, dało się usłyszeć hejnał z wieży — cieniutki, jakby przefiltrowany przez metry kamienia.

— Bez śmietanki się nie da? — spytała Lenka, siadając na kocu obok naparstka.

— Da się. Trzeba tylko poczekać, aż mleko samo się zetnie od chłodu. Tu, we wzgórzu, jest zimno jak w spiżarni. Cierpliwość, mała, i mleko zrobi swoje.

I tak usiedli oboje przy garnku, krasnoludek ze swoją igłą, którą właśnie zszywał dziurę w rękawie, Lenka z jeżem na kolanach, a zupa gotowała się dalej, powoli, bez pośpiechu. Krasnoludek podsunął jej kubek ciepłego mleka z miodem i dmuchnął na nie najpierw sam, żeby sprawdzić, czy nie parzy.

— A skąd ty wiesz, że mleko się zetnie? — zapytała Lenka po chwili, oblizując usta z cmoknięciem, bo mleko było dobre, gęste, trochę słodkie.

— Bo liczę. Ćwiek, nitka, guzik — policzone, gotowe. Wszystko, co czeka swoje, w końcu się udaje.

Siedzieli tak długo, słuchając, jak garnek bulgocze coraz ciszej, jak gdzieś w głębi wzgórza kapie woda ze skały, chlup, chlup, w rytm własnego, powolnego zegara. Lenka oparła głowę o kolano krasnoludka, a ten, nie przerywając szycia, przysunął jej bliżej najlepszy kawałek koca, tam gdzie było najcieplej.

Kiedy w końcu zajrzał do garnka, mleko rzeczywiście się zcięło, gęste i białe jak trzeba.

— No proszę — mruknął cicho. — Ćwiek, nitka, guzik... policzone.

A z góry, przez grubą warstwę kamienia, dobiegł ostatni, cichutki dźwięk hejnału, zanim wieża na dobre zamilkła na noc.

Skrzyp, plusk i cichy pyk

Nota: Gałąź na ścieżce, kałuża i sowa, która pamięta każdą historię lasu.

Przeczytaj bajkę

Siąpiło tego wieczoru tak drobno, że deszcz właściwie trudno było nazwać deszczem — raczej wilgotnym oddechem, który Prastara Puszcza wypuszczała powoli między drzewa, jedno westchnienie na minutę. To właśnie ta mżawka, muszę wam powiedzieć, wypędziła Jasia z domu, bo tata powiedział, że taki drobny deszczyk nikogo jeszcze nie przemoczył, najwyżej trochę ponadgryzał brzegi kaloszy.

Jaś szedł znajomą ścieżką do babcinej leszczyny, tam gdzie zawsze zbierał orzechy do kieszeni kurtki, i szedł sobie, i szedł, pachnąc deszczem i wilgotną korą, aż nagle ścieżka się skończyła. Nie skończyła się naprawdę — po prostu leżała na niej gałąź, gruba jak ramię dziadka, powalona przez wiatr, który hasał tu chyba dzień albo dwa wcześniej. A obok gałęzi, jakby na złość, rozlała się kałuża tak szeroka, że nawet największy chłopięcy krok nie miał szans jej przeskoczyć.

— Ojej — powiedział Jaś do nikogo konkretnego, bo nikogo konkretnego akurat nie było, chyba że liczyć wielką sowę, która siedziała na gałęzi tuż nad jego głową i przyglądała mu się jednym okiem, potem drugim, bardzo powoli, jakby czytała go od początku do końca.

— Ta ścieżka — odezwała się sowa, robiąc pauzę, jakby ważyła każde słowo na małej wadze — bywa czasami... niecierpliwa.

Jaś aż podskoczył, bo nie spodziewał się, że coś tak wielkiego i piórzastego potrafi mówić tak spokojnie, prawie szeptem. Popatrzył w górę, a sowa mrugnęła do niego powoli, jednym okiem, potem drugim, i chłopiec pomyślał, że to chyba najbardziej uprzejme mrugnięcie, jakie w życiu widział.

— Jestem Jaś — powiedział w końcu, trochę do kaloszy, trochę do sowy.

— A ja pamiętam każdą historię z tego lasu — odpowiedziała sowa. — Nawet tę, którą dopiero teraz zaczynamy.

Usiedli więc oboje przy tej niesfornej gałęzi, sowa na niskiej gałązce, Jaś na mokrym pieńku, i przez chwilę nic nie mówili, tylko słuchali, jak z góry, powoli, bardzo powoli, spływa jeden liść — muska po drodze sąsiednią gałązkę, potem drugą, aż w końcu, cichutko, ląduje na wilgotnej ziemi. Plusk zrobiła za to kałuża, kiedy Jaś, nie mogąc się powstrzymać, trącił ją czubkiem kalosza.

— Orzechy poczekają — powiedziała sowa bez pośpiechu. — Ale zapach, który tu czuję, prowadzi gdzie indziej.

Bo rzeczywiście, gdzieś zza gałęzi, zza kałuży, niosła się woń świeżo skopanej ziemi, taka sama jak w babcinym warzywniku, tylko mocniejsza, ciemniejsza, jakby ziemia właśnie się obudziła po deszczu. Jaś poszedł za tym zapachem, sowa poszybowała cicho nad nim z gałęzi na gałąź, i za chwilę odkryli grządkę dzikiego czosnku, całą polanę pachnącą ostro i zielono, o jakiej Jaś nawet nie wiedział, że istnieje.

Orzechów tego wieczoru nie było — zostały tam, gdzie zawsze, czekając cierpliwie na jutro, jak ciasto, które musi wyrosnąć swoim czasem. Za to Jaś niósł w kieszeni garść pachnących liści, a sowa leciała obok, blisko, jakby chciała powiedzieć, że dobrze się go słuchało od samego początku do samego końca.

— Ta gałąź — mruknęła w końcu, tuż przed tym, jak Jaś skręcił do domu — chyba jeszcze poleży. Ścieżki, wiesz, też lubią czasem odpocząć.

Jaś uśmiechnął się do siebie, poprawiając zamek kurtki, i pomyślał, że następnym razem przyniesie tej gałęzi kubek deszczu na powitanie.

Skrzyp, którego nikt nie lubił

Nota: Skrzypiące drzwiczki, kamyk soli w zawiasie i gumka do włosów, która rozwiązuje sprawę.

Przeczytaj bajkę

Dlaczego, zastanawiał się Krasnoludek, siedząc pod progiem z brodą wspartą na kolanach, dlaczego drzwiczki do komory solnej skrzypią akurat wtedy, gdy wszyscy śpią najgłębiej? To pytanie nosił w sobie od trzech dni i trzech nocy, obracając je w głowie tak, jak się obraca kamyk w kieszeni, kiedy się nad czymś myśli.

Korytarze kopalni w tym miejscu były wąskie i pachniały chłodem, tym szczególnym, słonym chłodem, który osiada na policzkach jak dotyk zimnej dłoni. Drewniane schodki, wygładzone przez stopy tylu pokoleń, że nikt już nie pamiętał pierwszego, prowadziły w dół, ku komorze, gdzie Krasnoludek trzymał swoje zapasy: sznurek, świece, mały słoiczek smaru do zawiasów.

I właśnie po ten słoiczek szła tego wieczoru Zosia, bo zgubiła się, szukając wyjścia z zabawy w chowanego, i zamiast do wyjścia trafiła do zupełnie innego korytarza, cieplejszego niż reszta, bo blisko paleniska strażników kopalni.

Zobaczyła czerwoną czapeczkę, zanim zobaczyła całego Krasnoludka. Zatrzymała się. On też się zatrzymał, z łyżeczką smaru w pół drogi do zawiasu.

— Ty jesteś kto? — spytała Zosia, a głos jej zabrzmiał cieniutko w tym słonym powietrzu.

— Gospodarz — odpowiedział krótko. — A ty się zgubiłaś.

— Trochę.

Postał chwilę, jakby ważył coś w myślach, a potem podsunął jej mały, słomiany stołeczek, żeby usiadła bliżej lampy naftowej, tam gdzie było cieplej. Zosia usiadła, otulając się rękawami swetra, bo w głębi korytarza chłód wchodził pod ubranie zupełnie inaczej niż na górze, w domu.

Krasnoludek wrócił do zawiasu, ale ten się uparł: nie chciał zamknąć drzwiczek do końca, bo mały kamyk soli wpadł prosto w szczelinę zawiasu i zaklinował go, twardy i błyszczący jak okruch cukru. Krasnoludek pomrukiwał pod nosem, mrucząc coś o dłutku numer dwa i o oleju rzepakowym, próbował paznokciem, próbował patyczkiem — nic. Kamyk siedział mocno.

Zosia patrzyła chwilę, przekrzywiając głowę, tak jak patrzy się na coś, co inni już próbowali rozwiązać, a ona jeszcze nie. Potem, bez słowa, sięgnęła po swój warkoczyk zawiązany gumką, ściągnęła gumkę z włosów i podała ją Krasnoludkowi.

Spojrzał na gumkę, potem na nią. Nie spytał, po co. Naciągnął gumkę na dwa palce, zahaczył nią kamyk niczym procą i pyk — kamyk wyskoczył, zadźwięczał o kamienną podłogę i potoczył się gdzieś w ciemność korytarza.

Krasnoludek zamknął drzwiczki. Zawiasy nie skrzypnęły. Nic nie powiedział, tylko skinął głową, tak jakby to było oczywiste od samego początku, że dziewczynka z zagubioną drogą będzie miała przy sobie dokładnie to, czego trzeba.

Odprowadził ją potem do schodków prowadzących w górę, tam gdzie chłód kopalni ustępował powoli cieplejszemu powietrzu domu. Zosia odwróciła się jeszcze raz, żeby pomachać, a Krasnoludek stał przy swoich teraz cichych drzwiczkach, z gumką od włosów owiniętą wokół nadgarstka jak drobna, kolorowa pamiątka.

Dlaczego drzwiczki nie skrzypią już tej nocy — nad tym nikt więcej się nie zastanawiał. Po prostu było cicho, tak jak powinno być, kiedy wszyscy śpią.

Latarenka z okna wikarówki

Nota: Stary lampion bez świecy i smok nie większy od imbryka. Niech skrzypi — to jego głos.

Przeczytaj bajkę

Gołąb usiadł na parapecie i przekrzywił głowę. Kamień pod jego łapkami był jeszcze ciepły od popołudniowego słońca, choć słońce już schodziło niżej, robiąc się pomarańczowe jak skórka pieczonego jabłka.

Z okienka wikarówki, tego małego, pod samym murem, dobiegał cichy szurgot.

To Zosia. Siedziała na kamiennym stopniu, a przy niej, na złożonej w czworo chusteczce, grzało się coś maleńkiego.

— Popatrz — szepnęła Zosia, i podniosła do światła stary lampion.

Szkiełko było pękate, mosiądz pomatowiały. Zawiasik u drzwiczek skrzypiał, kiedy się je otwierało, cichutko, jak stare krzesło.

Smok Wawelski wysunął pyszczek z cienia framugi. Nie większy od imbryka, łuski miał w kolorze wygasłego ogniska.

— Skąd to masz — sapnął cicho, z lekką zadyszką, i między słowami puścił obłoczek pary.

— Znalazłam. W ubociu, za starą studnią.

Światło padało teraz ukosem, długie i miodowe, kładło się na trawie w wąskie pasy. Zosia postawiła lampion na kamieniu. Odsunęła go trochę. Przysunęła z powrotem, bliżej siebie.

Zawiasik zaskrzypiał znowu.

Smok przybliżył pazurek do drzwiczek, delikatnie, jakby dotykał płatka. Skrzypnęło jeszcze raz, głośniej.

— Trzeba by go oliwą — powiedział.

Poszedł po łapkowatym truskawkowym słoiczku, który Zosia trzymała na kamiennym murku od tygodnia, pusty już, tylko z odrobiną słodkiego zapachu na dnie. W środku nie było oliwy. Nie było nic.

Zosia spojrzała na lampion. Potem na smoka. Nie powiedziała nic.

Słońce zsunęło się jeszcze niżej, za wieżę, i światło zrobiło się gęstsze, bardziej rude, jak herbata z miodem. Kamienie muru złapały to światło i trzymały je chwilę, ciepłe pod dłonią.

Smok usiadł. Skrzydełka złożył jak dwie chusteczki.

— A może — powiedział cicho — niech skrzypi.

Zosia zamrugała.

— Niech skrzypi?

— Niech skrzypi. To jego głos.

Przebrał pazurkami w powietrzu, jakby grał na niewidzialnym pianinku, cichutko, bez pośpiechu. Zosia przesunęła się bliżej, oparła ramię o jego ciepły bok, gorący jak kamień z pieca.

Zapadał zmierzch. Wzgórze traciło kolory jeden po drugim: najpierw zieleń trawy, potem czerwień dachówek, wreszcie złoto muru, aż wszystko zrobiło się szare i miękkie, jak popiół.

Lampion stał między nimi, pusty w środku, bez świecy.

Nie trzeba było świecy.

Wystarczyło to gasnące, pomarańczowe światło, które wpadało jeszcze przez szparę w murze, cieniutkie jak nitka.

Zosia otworzyła drzwiczki lampionu. Skrzypnęły — kap, kap, jakby ktoś kapał wodą z dzbanka, cichutko, w rytmie oddechu. Zamknęła je znowu. Skrzypnęły ciszej.

— Śpiewa — szepnęła.

Smok złożył łapki na brzuchu i przymknął oczy do połowy.

Gołąb na parapecie schował głowę pod skrzydło.

Ostatni promyk światła przeszedł po mosiężnym boku lampionu, powoli, jak ślimak po liściu, i zgasł na samym brzegu szkiełka.

Zosia otuliła kolana chustką, tą samą, na której grzał się lampion.

Postawiła go na kamiennym stopniu, blisko murku, żeby nikt nie nastąpił.

Drzwiczki zostały uchylone, tak samo jak je zastali. Zawiasik już nie skrzypiał — może zmęczył się na wieczór, może tylko czekał na rano.

Mrok wpełzał na wzgórze cichutko, od dołu, jak woda wsiąkająca w piasek.

Lampion stał pusty, gotowy na świecę, którą ktoś kiedyś przyniesie.

Osłanianie kory

Nota: Ciepły deszcz, traktorek pod korą brzozową i żubr, który nigdy się nie spieszy.

Przeczytaj bajkę

Ile trawy zjada żubr, który nigdy się nie spieszy? Właśnie nad tym rozmyślał Żubr, stojąc na polanie w samym sercu Prastarej Puszczy, gdzie światło sączyło się przez liście wąskimi smugami, jakby ktoś w niebie ciągle jeszcze zastanawiał się, ile go dziś wpuścić. Rozmyślał nad tym pytaniem już od rana, bo Żubr, muszę wam powiedzieć, rozmyślał nad wszystkim długo — nawet nad pytaniami, na które i tak nie zamierzał sobie odpowiadać tego samego dnia.

Właśnie w tej chwili na polankę wytupał Franek. Miał pięć lat, gumowce trochę za duże na stopy i w kieszeni spodenek małego traktorka, którego kółko ocierało się o nitkę kieszeni z cichym terkotem. Chłopiec stanął jak wmurowany, bo żubr z bliska jest większy niż z daleka, a Żubr — z drugiej strony pyska — spojrzał na Franka tak, jakby właśnie doszedł do niego wzrokiem po długiej, powolnej podróży.

— Dzień... dobry — powiedział Żubr, a każde słowo wypuszczał z siebie osobno, z przystankiem pomiędzy, jak ktoś, kto niesie pełne wiadra i nie chce ich rozlać.

Franek nie odpowiedział zaraz. Podszedł tylko trzy kroczki bliżej i wyciągnął rękę, żeby dotknąć sierści na łopatce — a sierść była gęsta, sprężysta, ciepła od słońca mimo chłodu, jaki panował w głębi ściółki.

— Ja się nazywam Franek — powiedział wreszcie, dosyć cicho.

Żubr skłonił głowę, co u żubra znaczy tyle, co ukłon, i ruszył przed siebie, żeby pokazać chłopcu miejsce, gdzie rosła najsłodsza trawa w całej puszczy — ale ruszył tak wolno, krok za krokiem, jakby liczył każdy z nich osobno, że Franek zdążył się zniecierpliwić, zawrócić do wywróconego pnia, znowu wrócić i jeszcze raz obejść żubra w kółko, zanim ten zrobił dziesięć kroków.

I właśnie dlatego, że Żubr szedł tak powoli, deszcz zdążył ich zaskoczyć. Nie było żadnej burzy, żadnego grzmotu — tylko chmura przepłynęła nad koronami drzew i spuściła na ziemię ciepłe, gęste kropki, które zabębniły o liście: puk, puk-puk.

— Mój traktor! — krzyknął Franek, wyjmując zabawkę z kieszeni. Metalowa karoseria od razu poczerniała od wilgoci, a chłopiec przyciskał ją do brzucha, jakby chciał ją osłonić własnym ciałem.

Żubr, mimo deszczu, nie przyspieszył ani odrobinę. Podszedł do spękanego pnia, w którym mieszkała cała rodzina chrząszczy, i tam, w zagłębieniu kory, leżał kawałek grubej płachty z kory brzozowej, którą jakiś dzięcioł czy borsuk zostawił niegdyś suszyć się na słońcu. Żubr trącił ją rogiem w stronę Franka.

— Weź to. Na traktorek. A ty... dasz mi swój kubek. Z plecaka.

Franek miał w plecaku plastikowy kubek z uszkiem, w którym nosił wodę na wycieczki, i choć nie bardzo rozumiał, na co żubrowi kubek, podał go bez wahania, obiema dłońmi, tak jak uczyła go mama. Żubr nabrał nim wody kapiącej z liścia paproci i przelał do zagłębienia w pniu, gdzie mieszkały chrząszcze — bo licho wie, tłumaczył potem, może i chrząszcze chcą się dziś czegoś napić, tylko nie umieją o to poprosić.

Kora brzozowa, zwinięta w rulon, osłoniła traktorek suchym, szeleszczącym daszkiem. Franek trzymał go pod nim, przyklękając w mokrej ściółce, dumny, że to jego ręka utrzymuje osłonę, a Żubr stał tuż nad nimi obojgiem, wielki jak dach sam w sobie.

Deszcz nie trwał długo. Kiedy przestał kapać, chmura odpłynęła równie niespiesznie, jak przyszła, a słońce znów zaczęło się sączyć przez liście w wąskich smugach — tylko teraz każda smuga niosła w sobie odrobinę pary, unoszącej się z rozgrzanej, wilgotnej ziemi.

— Po-wo-li, po-wo-li, trawka za trawką — powiedział Żubr, ruszając dalej w stronę polany ze słodką trawą, a Franek szedł przy nim, niosąc traktorek owinięty w korę jak w becik, i tym razem nie próbował go wyprzedzić.

Dotarli tam, gdy słońce było już nisko, a trawa lśniła kropelkami jak małe, niedopite kubki wody. Franek usiadł na wywróconym pniu, wyjął traktorek z osłony i postawił go na mchu, żeby obeschł do końca.

— Po-wo-li... po-wo-li — powtórzył Żubr jeszcze raz, ciszej i wolniej niż wcześniej, skubiąc trawę tak spokojnie, jakby przed nim była cała reszta świata i cały czas, żeby ją zjeść.

Ostatni Węzeł

Nota: Supełek na bagażniku roweru i lisek, który uwielbia rozplątywać supły.

Przeczytaj bajkę

Ostatnia rzecz, jaka pozostała Marysi do zrobienia tego wieczoru, to zawiązać sznurek na tylnym bagażniku roweru — bo przednie światełko, to maluńkie, okrągłe jak guzik, obluzowało się na starej ścieżce i trzeba je było przymocować na nowo, żeby nie zgubiło się gdzieś w trawie. Siedziała więc na Księżycowej Łące, tej płytkiej niecce, która, jak wiadomo, każdy dźwięk nosi łagodnie od jednego brzegu do drugiego, i mocowała się z supełkiem, który — trzeba to powiedzieć szczerze — miał własny upór, godny osiołka.

I właśnie kiedy paznokciem próbowała podnieść pętelkę sznurka, żeby przez nią przełożyć drugą, usłyszała coś: szszszszt, szszszszt, jakby ktoś przeciągał po trawie miotełką, tylko żywą i bardzo, bardzo zaciekawioną.

— A co to? A po co? A pokaż? — dobiegło zza najbliższych krzaków, zanim jeszcze zdążyła się obrócić, i zaraz potem, tak szybko, że aż zafurkotało powietrze, wypadł spomiędzy liści lisek, rudy jak wygasające ognisko, z głową przekrzywioną na bok, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Marysia, muszę wam powiedzieć, nie krzyknęła. Tylko znieruchomiała z palcem na supełku, a lisek znieruchomiał o dwa kroki dalej, i tak stali chwilę, oboje trochę niepewni, kto właściwie powinien się przywitać pierwszy.

— Dobry wieczór — powiedziała w końcu Marysia, bo ktoś w domu ją nauczył, że tak wypada, nawet gdy się poznaje lisa.

— A ty co robisz? A co to za sznurek? A pokaż? — lisek już podskakiwał na miejsce, żeby zajrzeć bliżej, i nosem, tym czarnym, wilgotnym noskiem, dotknął gumowej rączki kierownicy, jakby chciał sprawdzić, czy jest jadalna.

— Naprawiam światełko. Odpadło mi na wydmie za sadem, tam gdzie piasek jest sypki, i teraz muszę je przywiązać, tylko ten węzeł nie chce się zrobić — westchnęła, a lisek natychmiast wsadził łapkę między pętelki, co, trzeba przyznać, wcale nie pomogło.

Próbowała jeszcze raz. Postawiła sznurek na bagażniku, odsunęła, przysunęła z powrotem, jakby to coś zmieniało — nie zmieniło. Supełek trzymał się z uporem, a łąka wokół szumiała cicho trawą, jak zawsze, kiedy nocny wiatr przechodzi przez nią od brzegu do brzegu niecki, unosząc ze sobą zapach rozgrzanej ziemi i czegoś słodkiego, może koniczyny.

— A mogę pomóc? A dasz? — zapytał lisek, i tym razem mówił trochę wolniej, jakby sam się zdziwił własną cierpliwością.

I tu zaczęła się ta wymiana, o której warto wam opowiedzieć, bo żadna ze stron nie dostała dokładnie tego, czego chciała, a obie skończyły zadowolone, co, zgodzicie się, zdarza się rzadziej, niż powinno. Lisek miał w pyszczku, jak się okazało, kawałek skórzanego rzemyczka, znaleziony gdzieś na uboczu łąki, tam gdzie nikt nie chodzi — cienki, wygładzony, w sam raz na węzeł, który nie odwiąże się przy pierwszym wyboju. Podał go Marysi, trzymając w pysku ostrożnie, jak coś cennego. Ona w zamian oddała mu supełek ze sznurka, ten sam, który jej nie wychodził — bo lisek, jak się okazało, uwielbiał rozplątywać supły, cierpliwie, zębami i łapką, dla samej przyjemności patrzenia, jak węzeł ustępuje.

Rzemyczek trzymał światełko lepiej niż jakikolwiek sznurek. Marysia sprawdziła, pociągając dwa razy — nie drgnęło.

Lisek usiadł w trawie z odzyskanym supłem między łapkami, rozplątując go teraz już bez pośpiechu, cichutko mrucząc coś do siebie, a łąka niosła ten szelest daleko, aż gdzieś tam, gdzie trawa robiła się rzadsza i ciemniejsza od nocy.

Konewka spod lipy

Nota: Pierwsze samodzielne podlewanie groszku, mokra noga bociana i woda, która sama znajduje drogę.

Przeczytaj bajkę

Bocian stał na jednej nodze w gnieździe na starej lipie i myślał: dlaczego chłopiec na dole trzyma konewkę, a nie leje z niej wody?

Staś stał przy grządce i patrzył w górę. Konewka w jego rękach była pełna po brzegi. Woda pachniała żelazem, tak jak zawsze pachnie woda ze studni. Chłopiec przestępował z nogi na nogę.

— Dzień dobry — powiedział w końcu, cicho, bo nad jeziorem wszyscy mówią cicho.

Bocian przekrzywił głowę.

— Hm, hm. Dzień dobry, młody człowieku — odpowiedział i strzelił dziobem, krótko, jak się kłania. Kle-kle.

Staś się uśmiechnął, ale zaraz spoważniał, bo w rękach miał zadanie. Babcia kazała podlać groszek, zanim słońce wejdzie wysoko. Groszek piął się po patyczkach wbitych w ziemię, cienkich jak ołówki. Chłopiec chciał to zrobić dobrze. Pierwszy raz sam, bez babci obok.

Bocian zleciał z lipy i usiadł na płocie, tuż przy grządce. Z bliska był większy, niż się wydawało z dołu. Pachniał mułem i rybami, i czymś jeszcze, co Staś nie umiał nazwać — może samym jeziorem.

— Hm, hm. Widziałem, jak to robi twoja babcia — powiedział bocian. — Konewkę przechyla się powoli. Nie od razu do końca.

Staś przechylił konewkę. Woda chlusnęła od razu, cała naraz, i zalała trzy sadzonki po same czubki.

— Ups — powiedział chłopiec.

Bocian zaklekotał, ale tak, jakby się śmiał do środka, bez głosu. Klekot brzmiał wesoło, choć Staś nie do końca wiedział, z czego.

— Hm. Może inaczej — powiedział bocian. — Trzymaj konewkę tak, jakbyś niósł pełny talerz zupy.

Staś spróbował jeszcze raz. Uniósł konewkę wyżej, niż trzeba, i strumień wody poleciał ponad grządką, prosto na but bociana.

Bocian spojrzał na swoją mokrą nogę. Podniósł ją z wody, potrząsnął, jakby otrzepywał but z kurzu.

— Hm, hm — powiedział tylko.

Staś zakrył usta ręką. Chciał przeprosić, ale śmiech był silniejszy niż przeprosiny.

— Nie szkodzi — dodał bocian. — Ja i tak lubię mieć mokre nogi.

Spróbowali jeszcze raz, i jeszcze raz. Za czwartym razem konewka nachyliła się wreszcie tak jak trzeba, powoli, cienką strużką, i woda spadła równo na ziemię przy korzeniach, ciemniejąc grządkę pasmami. Ale wtedy konewka była już prawie pusta.

— Trzeba iść po więcej — powiedział Staś, patrząc na dno konewki.

Do studni był kawałek drogi. Zamiast iść, usiedli oboje przy płocie — chłopiec na drewnianej ławce, bocian na jednej nodze obok. Nad łąką unosił się zapach skoszonej trawy, ktoś musiał kosić rano, gdy Staś jeszcze spał. Ten sam zapach mieszał się teraz z wodą ze studni, rozlaną po ziemi.

Czekali. Słońce przesuwało się powoli nad koronami drzew.

— Woda sama znajdzie drogę do korzeni — powiedział bocian. — Nie trzeba się spieszyć.

Siedzieli tak długo, że wróbel zdążył przysiąść na płocie, poćwierkać i odlecieć. Ziemia przy grządce ciemniała z wolna, wsiąkał w nią zapach mokrej ziemi, świeżo skopanej, mocniejszy niż zapach trawy.

Staś patrzył, jak wilgotna smuga rozlewa się między patyczkami, docierając tam, gdzie konewka nie sięgnęła.

— Samo doszło — powiedział cicho.

— Hm, hm — zgodził się bocian. — Czasem tak jest najlepiej.

Konewka stała teraz pusta, przechylona na bok przy grządce, z kroplą wody zawieszoną u dzióbka. Zapach mokrej ziemi trzymał się jeszcze długo w powietrzu, gdy słońce wspięło się już nad lipę.

Najlepiej ocenić samemu.